KaiHo dla Hazashi~

   

By Kris Ujeżdżający~ Dziękuję~


   Idę jakąś ciemną ulicą Seulu. Dookoła mnie wirują białe płatki śniegu, które co chwilę osiadają to na moim nosie, to na lodowatych rękach.
   Teraz zastanawiam się, co ja właściwie robię na tej praktycznie pustej, ciemnej jak cholera ulicy, w dodatku jeszcze w środku nocy. 
   Cóż, moje życie jest i zawsze było trudne i skomplikowane. Jestem totalnym odludkiem, nikomu na mnie nie zależy.
Nawet rodzice zostawili mnie, kiedy miałem siedem lat. Potem wychowywała mnie babcia, ale dziesięć lat później zmarła. I od tamtej pory jestem już całkiem sam. No, może z małym wyjątkiem. Miałem kiedyś przyjaciela. Nazywał się Kim Jongin...





~*~


   - Cześć Suho! - poczułem jak znajome ramiona oplatają moją szczupłą talię, a ich właściciel wtula swoją twarz w moje włosy.
   - Kai - ucieszyłem się na dźwięk głosu szatyna.
   Odwróciłem się w jego stronę i uśmiechnąłem na widok jego buzi tuż przy swojej.
   - Długo czekałeś? - zapytał i odsunął się ode mnie, po czym ujął moją dłoń w swoją i zaczął bawić się palcami.
   - Chwileczkę - odparłem z lekkim uśmiechem i ruszyłem naprzód.
   - Co chciałbyś dzisiaj robić? - zapytał, kiedy przeszliśmy już spory kawałek cichej, zacienionej alejki w parku.
   Był kwiecień. Pogoda była piękna, wiosna chyba postanowiła pokazać się od razu w pełni. Nie narzekałem. Uwielbiałem wiosnę, dlatego tak dobrze się wtedy czułem. Byłem po prostu szczęśliwy. Ale to nie tylko z powodu pory roku.
   - Dziś twoja kolej. Wybierz coś - odparłem po krótkiej chwili namysłu.
   Jongin westchnął głośno. Zawsze tak robił, kiedy coś nie szło po jego myśli. Nie lubił wybierać i organizować nam zajęć. To głównie ja zajmowałem się takimi rzeczami. Zresztą jak i praktycznie wszystkimi innymi. 
   - Może po prostu usiądziemy na ławce i porozmawiamy? - rzuciłem.
   Chciałem mu pomóc, chociaż nie okazywał jakichś specjalnych oznak usilnego myślenia. Jak to on. 
   - Dobry pomysł - przystanął i rozejrzał się.
   - Tam - wskazałem palcem miejsce po mojej lewej.
   Kai podążył wzrokiem za moją ręką i przytaknął. Ruszyliśmy w tamtą stronę. Chwilę później siedzieliśmy już, wtuleni w siebie i, jakby się mogło wydawać, szczęśliwi. Zapytacie, dlaczego to były tylko pozory. To się okaże.


~*~


   Skręcam w jeszcze ciemniejszą niż wcześniej ulicę. Jest wąska i bardzo nieprzyjemna. Potykam się o coś. Kiedy moje serce w końcu przestaje bić jak oszalałe, orientuję się, że to tylko jakaś puszka. Oddycham z lekką ulgą, jednak to nie zmienia mojego samopoczucia. Czuję się tutaj niechciany, jak gość, którego nikt nie zapraszał, a on nie dość, że przychodzi, to jeszcze się panoszy.
Może i to jakieś moje chore urojenia, ale mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. I to wcale nie jest milusi kotek, który chowa się w ciemnościach, bo się mnie obawia, o nie. To nawet nie jest zwierzę.


~*~


   - Bu! - poczułem na twarzy dotyk zimnej morskiej wody.
   Zerwałem się z krzykiem z ręcznika i posłałem Jonginowi spojrzenie, które było w stanie zabić. On natomiast stał i trząsł się ze śmiechu.
   - No proszę, poużywaj sobie! - prychnąłem obrażony i schyliłem się po ręcznik, by zetrzeć z twarzy wodę, która już i tak zdążyła dostać mi się do oczu.
Cholernie piekło. Że też dałem mu się namówić na ten wyjazd...
   - Suho! Wyglądasz tak uroczo, gdy się denerwujesz - Kai podszedł do mnie ostrożnie, jakby się obawiając, że zaraz rzucę się na niego z pazurami i wydrapię mu oczy jak jakiś dzikus.
   Wydąłem dolną wargę i odwróciłem się do niego tyłem. Byłem zbyt zajęty ratowaniem swoich oczu  przed niechybnym wyżarciem przez morską wodę, więc nie miałem czasu na wysłuchiwanie jego idiotycznych wymysłów.
   - Junmyeonnie - Jongin nachylił się przez moje ramię i pomiział mnie palcem po policzku.
   - Odejdź - udałem wielce obrażonego i znów zrobiłem zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. 
   - Kotku? - spróbował raz jeszcze, ale ja tylko prychnąłem zdegustowany.
   - Trzeba było myśleć, zanim zrobiłeś to, co zrobiłeś. Wiesz, że bardzo tego nie lubię. 
   Kai wziął głęboki oddech i zaczął składać delikatne pocałunki na mojej nagiej szyi. Przeszył mnie dreszcz. Wiedział, jak mnie podejść, żebym zrobił wszystko, na co ma ochotę. Jak tak teraz na to patrzę, to widzę, że miał nade mną całkowitą władzę. Boże, jaki ja byłem głupi. Dlaczego wtedy nie myślałem tak trzeźwo i racjonalnie jak teraz? 
   - Ale to lubisz, prawda? - zamruczał cicho i przejechał językiem po mojej gorącej (od słońca oczywiście) skórze na karku. 
   - Nie przy ludziach... - jęknąłem automatycznie.
   Nawet nie wiedziałem, że brzmię jak typowy uke. Wtedy tego nie odczuwałem. Nie widziałem, że w całości mu się oddaję, że może robić ze mną, co mu się tylko żywnie podoba. A robił różne rzeczy.


~*~


   W końcu udaje mi się wyjść z tego strasznego zaułka. Jeszcze za nim wyszedłem na już dobrze oświetlony chodnik, zobaczyłem coś, czego chyba nigdy w życiu nie chciałem widzieć. 
Jakiś młody mężczyzna, właściwie jeszcze chłopak, leży, już niestety nieżywy, gdzieś po ścianą. Jest cały pokryty jakąś dziwną, ciemną substancją. Gdzieniegdzie widać plamy krwi. Nie wiem, czy wszystkie pochodzą od niego. Mam nadzieję, że tak. 
Wzdrygam się z obrzydzeniem. 
Ale...przecież nie mam prawa go oceniać... Nie wiadomo co go skłoniło do rozpoczęcia takiego życia, prawda? Może to miłość? A może jakieś straszne problemy? Wiele może być powodów. Nigdy nie chciałbym taki się stać. Ale jednak mimo wszystko nawet takie osoby, jak ten chłopak zasługują na uczucie kogoś innego. Sam byłem kiedyś takim innym.



~*~


   Spojrzałem już mocno zaniepokojony na zegarek. Było grubo po północy. Mijała szósta godzina, odkąd Kai wyszedł z domu. Martwiłem się. Od czasu śmierci siostry Jongin nigdzie nie wychodził. Dzisiaj mijały dwa miesiące. Przed tym, jak umarła, Kai wychodził bardzo często. Nie miałem oczywiście nic przeciwko. Przecież nie miałem prawa wiecznie za nim łazić i go kontrolować. Nie był moją własnością. Potrzebował przestrzeni. Szczególnie on. 
   Często wracał pijany. Właściwie w większości wypadków. To również tolerowałem bez najmniejszego nawet mrugnięcia okiem. Jest młody, mówiłem sobie, parę lat młodszy ode mnie. Kiedy ma się wyszaleć, jak nie teraz?
Może i brzmiałem jak mój własny ojciec, ale jak inaczej miałem sobie to tłumaczyć? Kai w stanie ostatecznego alkoholowego upojenia robił się całkiem spokojny. Kładłem go do łóżka, siadałem obok i czekałem aż zaśnie. Wtedy wychodziłem na balkon, niezależnie od pory roku, i tam spędzałem kolejne parę godzin. Gdy Jongin był już trzeźwy i wrócił do siebie, wtedy dopiero mogłem spokojnie położyć się na chwilę spać z nim, bo wiedziałem, że alkohol już zupełnie z niego wyparował.
   Kai miał mocną głowę. Wyobraźcie sobie więc, ile musiał w siebie wlewać. Chyba hektolitry. Jednak nie to jest ważne. Po śmierci siostry zaczął gwałtownie zamykać się w sobie. Nie chciał się z nikim widywać, nawet ze swoim najlepszym przyjacielem Sehunem. Wspólnymi siłami próbowaliśmy przywrócić go do normalnego życia, ale nic z tego nie wychodziło. 
Pewnego wieczoru nie dopilnowaliśmy go i w rezultacie całą noc spędziliśmy w szpitalu. Jonginowi musieli płukać żołądek. Od tamtego dnia nie wziął już alkoholu do ust. Aż do dzisiaj. Przed wyjściem zapowiedział mi, że będzie pił, ale że Sehun odstawi go całego i zdrowego do domu. Co miałem robić? Zabronić mu iść? Przecież musiał powoli wrócić do normalności, nie da się wiecznie żyć w żałobie. 
   Nie wiem, dlaczego odczuwałem niepokój. Przecież Kai nie był sam. Sehun był bardzo odpowiedzialny i zawsze dotrzymywał słowa. Obiecał go pilnować, więc teoretycznie nie miałem powodów do obaw. A jednak. 
Gdzieś po pierwszej postanowiłem zadzwonić do Sehuna. Chciałem po prostu wiedzieć, czy wszystko jest w porządku. 
   Po paru sygnałach w słuchawce dało się słyszeć nieco przytłumiony, ale jednak wyraźny głos chłopaka.
   - Hunnie! - krzyknąłem.
   - Dsjafksbf, Suho, posłuchaj, nie mogę teraz rozmawiać - ton jego głosu był zdenerwowany.
   Sehun wyraźnie czymś się przejął.
   - Co się dzieje? - zapytałem, marszcząc brwi, bo usłyszałem dziwny huk.
   - Nic takiego. Nieważne. Kai jest...cały - Hunnie zaakcentował ostatnie słowo.
   - Nie rób ze mnie idioty, tylko mów, o co chodzi! - zdesperowany krzyknąłem po raz kolejny i nerwowo zagryzłem wargę.
   Nie doczekałem się odpowiedzi. Sehun się rozłączył. W tym momencie czara się przepełniła. Wiedziałem, że coś chce przede mną ukryć. Ale nie ze mną takie numery. Zastanowiłem się przez chwilę, do którego lokalu najbardziej lubią chodzić. Jasne, że klub nocny w samym centrum!

   Po jakiejś pół godzinie byłem na miejscu. Bez zastanowienia wszedłem do środka, czego praktycznie w tej samej chwili pożałowałem. Przypomniałem sobie, dlaczego nienawidziłem tego typu knajp. Zawsze było tam niesympatycznie, a klienci i ich zachowanie pozostawiali wiele do życzenia. 
Z trudem przepchnąłem się przez spory hall i krzywiąc się z niesmakiem, podążyłem dalej wgłąb. 
Znów wystukałem numer Hunniego. Wytężyłem wzrok, chociaż były nikłe szanse, by go zobaczyć w tym tłumie. Jednak gdzieś niedaleko błysnął duży ekran telefonu, którego właścicielem okazał się Sehun. Całe szczęście.
   - Hej! - zacząłem machać energicznie, by zwrócił na mnie uwagę.
   Odwrócił się i na widok mojej osoby, która przeciska się w jego stronę, jego twarz przybrała przerażony wyraz. Od razu to spostrzegłem, więc szybko do niego doskoczyłem i złapałem go za rękaw koszuli.
   - Gdzie Kai? 
   Cisza.
   - Gdzie on jest, do cholery?! - wrzasnąłem, jednocześnie potrząsając ręką Sehuna.
   Parę osób posłało nam dziwne spojrzenia, jednak zignorowaliśmy to.
   - Myeonnie... Nie denerwuj się. Słuchaj, ja nie wiem jak to się stało, ale... - dukał Hunnie.
   Zacisnąłem pięści.
   - ...ale nie mam pojęcia, gdzie jest. Poszedłem tylko po szklankę wody, bo był już mocno wstawiony, a kiedy wróciłem... 
   - Boże... - wyszeptałem i przymknąłem powieki.
   - Przepraszam!
   Posłałem Sehunowi mordercze spojrzenie. Wyglądał wtedy jak zbity pies. Pewnie w innych okolicznościach zrobiłoby mi się go żal, ale w tamtym momencie byłem wściekły. Na niego i na siebie. 
   - Idziemy - szarpnąłem za jego rękaw i ruszyłem w stronę toalet, które znajdowały się tuż obok baru.
   Kiedy wreszcie udało nam się dotrzeć do celu, puściłem chłopaka i odetchnąłem głęboko. Miałem nadzieję, że Kai siedzi teraz nad jedną z muszli i zwraca wszystko, co wypił i zjadł. Jednak to, co zastałem po otworzeniu drzwi i wejściu do środka męskiej toalety, przerosło moje najśmielsze domysły. Z moich ust ulotnił się cichy jęk. Chwilę potem skuliłem się i zwymiotowałem. Pamiętam, że Sehun przez dłuższą chwilę nie mógł ruszyć się z miejsca. On, który posiadał bardzo mocny charakter, nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył.
   Kai kochał się z jakimś chłopakiem dokładnie naprzeciwko drzwi wejściowych. Mężczyźni, którzy opuszczali toaletę lub do niej wchodzili, w ogóle nie zwracali na to uwagi. Ani na tą dwójkę, ani na Hunniego, ani na mnie, który słaniałem się pod drzwiami. 
   Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam z tej koszmarnej nocy, był krzyk chłopaka, który był z Jonginem, potem wrzaski Sehuna i ten charakterystyczny odgłos bitego ciała. 
   Późniejsze wydarzenia stanowiły ogromną czarną dziurę w mojej głowie. Nic nie pamiętałem. Zero.



~*~


   Nie wiem, co mną kieruje. Nie wiem, dlaczego tam idę. Po tym wszystkim, co się wydarzyło? Po tylu krzywdach, zawodach. Chyba jestem głupi. Nikt nie zrobiłby na moim miejscu tego, co robię teraz. 
Staję na światłach i czekam aż będę mógł przejść na drugą stronę ulicy. Wzdycham ciężko, ale idę dalej. Patrzę na wyświetlacz telefonu. Pierwsza. Jeszcze pół godziny. 
   Ale dlaczego w nocy? 


~*~


   Minął miesiąc, odkąd to się stało. Przez cały ten czas nadal mieszkaliśmy razem, ale Jongin przestał dla mnie istnieć. Nie mam pojęcia, dlaczego wtedy nie wywaliłem go z domu na zbity pysk. Chyba nie miałbym serca. Przecież Sehun też nie przyjąłby go po czymś takim. Za bardzo się pokłócili, jak wynikało z późniejszych relacji Hunniego. 
   Tamtego wieczoru siedziałem w mieszkaniu sam. Kai znów wyszedł, przypuszczałem, że będę go miał z głowy co najmniej do rana. 
Potrafił znikać na całe dnie. Po nocach włóczył się gdzieś. Nie wiedziałem czy sam, czy może z kimś. Prawdopodobnie z Baekhyunem - tym chłopakiem, z którym mnie zdradził. Tak, wiedziałem jak się nazywa, bo Sehun dość dobrze go znał. Oczywiście po całym zajściu zerwał z nim wszelkie kontakty. Może i mu tego nie mówiłem, ale byłem wdzięczny. 
Jedyne, co w tamtych dniach było dobre, to to, że Kai ani razu nie wrócił już pijany. 
  
   Zdziwiłem się więc, kiedy usłyszałem trzask najpierw otwieranych, a zaraz potem zamykanych drzwi wejściowych. Skuliłem się nieco, ale przybrałem obojętny wyraz twarzy. Myślałem, że Jongin jak zwykle zajrzy do mnie, przywita się i pójdzie do salonu. Zawsze tak robił. Było widać, że żałował tego, co zrobił. Ale mnie to nie obchodziło. Czułem się tak zraniony i upokorzony, że nie miałem ochoty wysłuchiwać jego przeprosin. 
   - Suho? - ostatkami sił powstrzymałem się, by nie unieść głowy i nie spojrzeć na niego, kiedy wypowiedział moje imię. 
   Ciche westchnienie.
   - Myeonnie, musisz mnie wysłuchać.
   Nie dałem rady. Uległem. Zerknąłem na niego. 
   - Mogę? - zapytał.
   Skinąłem. Usiadł na brzegu łóżka, na co ja jeszcze bardziej wbiłem się w drewniane oparcie. 
   - Jeśli przyszedłeś po raz setny mnie przepraszać, to raczej nie mamy o czym rozmawiać i możesz od razu wyjść - zapowiedziałem. 
   Kai westchnął.
   - Po nic innego bym tutaj nie przychodził. Nie mam prawa. 
   - Owszem.
   - Ale ja...nie mogę bez ciebie żyć, rozumiesz? Brakuje mi ciebie. Nie mogę znieść tego, że  jesteś taki zimny. Że jesteś inny.
   - A jaki mam być? - prychnąłem ze wzgardą. 
   Jongin spuścił głowę. 
   - Jest szansa, że kiedykolwiek mi wybaczysz? - spytał przyciszonym głosem. 
   Wzruszyłem ramionami. Na zewnątrz byłem chłodny i zdystansowany, ale w moim sercu toczyła się prawdziwa wojna. Byłem niezdecydowany. Z jednej strony nienawidziłem Kaia z całego serca za to, co zrobił. Myślałem, że jest zrozpaczony po śmierci siostry, a on się zabawił z pierwszym lepszym. Jak się potem dowiedziałem Jongin nie znał Baekhyuna, Sehun nie zdążył go przedstawić. Cóż, Kai poradził sobie doskonale bez jego pomocy.
Na choćby najmniejszą myśl o naszych wspólnie spędzonych nocach robiło mi się niedobrze. Prawie tak jak wtedy, gdy zobaczyłem zdradę mojego chłopaka. Jednak mimo wszystko brakowało mi go, nawet bardzo. Po tym wszystkim w końcu mogłem w całości poświęcić się pracy i zacząć więcej widywać się z moim najlepszym przyjacielem, który został odsunięty na dalszy plan na rzecz Jongina. Ale Kyungsoo miał dziewczynę, nie mogłem więc przecież wchodzić mu na głowę, szczególnie, że przez swojego chłopaka go zaniedbałem. A mimo to Kyu przyjął mnie bez słowa. Kiedy przyszedłem do niego się wypłakać i powiedzieć, co leży mi na sercu, pocieszył mnie i od tamtej pory było już jak dawniej. Bardzo się z tego powodu cieszyłem, ale jednak jakaś cząstka mnie pragnęła czyjejś bliskości. I nie chodziło tutaj o jakieś przytulanie, bo to mógł mi zapewnić nawet Sehun. 

   - A gdybyśmy zaczęli od nowa? Zapomnieli o wszystkim? - zaproponował słabym głosem Kai.
   Uniosłem gwałtownie spojrzenie i uważnie mu się przyjrzałem. Nie patrzył na mnie, ale wiedział, że ja to robię. Po paru dłużących się dla mnie w nieskończoność sekundach nasze spojrzenia się spotkały, zobaczyłem w oczach Jongina łzy. Przełknąłem ślinę. 
   - Mam zapomnieć o tym jak widziałem cię z Baekhyunem? Gdybyś jeszcze...gdybyś się tylko całował... Dobrze, rozumiem! Ale ty się z nim kochałeś, Kai! - nie wytrzymałem i zerwałem się z łóżka. 
   Jongin uczynił to samo i podążył w ślad za mną do przedpokoju. Widziałem, jak zaczyna łamać kostki u dłoni. Denerwował się.
   - Suho, ja nie chciałem! Zrozum, że to była tylko chwila słabości.
   Moje brwi powędrowały w górę, kiedy posłałem mu pełne złości spojrzenie.
   - Skąd mam wiedzieć, że to był jeden raz! Może robiłeś to tysiące razy!
   Widząc, jak wyraz twarzy Kaia zmienia się gwałtownie, od razu pożałowałem swoich słów. Zakryłem usta dłonią i cofnąłem się parę kroków. 
   - Jak możesz tak mówić - wycedził Jongin.
   W tamtej chwili po raz pierwszy poczułem ukucie strachu w sercu. Chyba pierwszy raz wykrzyczałem mu prawdę o nim prosto w twarz. Nie mógł tego znieść. Bolało. 
   - Mam do tego pełne prawo - wyprostowałem się. - Po wszystkich latach naszej przyjaźni, a potem związku, dopiero teraz widzę jak to naprawdę wyglądało. Przez cały ten czas byłem pod twoim wpływem. Na początku nie, ale z upływem dni uzależniałem się do ciebie coraz bardziej. Zrezygnowałem z rodziny. A to wszystko po co? Dla kogo? Dla parę lat młodszego chłopaka, który okazał się być zwykłym chujem. Dlaczego ja dopiero teraz to widzę... Zmarnowałem tyle lat. Jeszcze miesiąc temu nie uwierzyłbym w te słowa, które mówię teraz, wiesz? Ale chyba dopiero musiałeś mnie zdradzić, żebym zobaczył swoje i twoje błędy. Fakt, ja też popełniałem ich dużo. Tyle że to wszystko było z myślą o tobie. Dla ciebie prawie zerwałem kontakty z kolegami, a Kyungsoo bardzo zaniedbałem. I teraz, kiedy stało się to, co się stało, nie miałem dokąd iść. Sehun proponował mi mieszkanie, ale ja nie skorzystałem. Już wystarczająco długo byłem życiową ofiarą, żeby po raz kolejny pokazać swoją słabość. U Kyu też nie mogłem się zatrzymać. Jeszcze bym zepsuł jego związek i wtedy musiałbym siłą rzeczy być jak ty. Jak to jest zniszczyć komuś cały świat, powiedz. Chociaż wiesz co? To nieważne. Wyobrażasz sobie, jak ja się teraz czuję? Zdegradowany do poziomu szmaty. Kogoś nic niewartego. Dziwne, że przez wszystkie te lata tego nie odczuwałem. Ale muszę ci za coś podziękować. Gdyby nie twoja zdrada, nie uświadomiłbym sobie jaki jesteś naprawdę. Wybrałeś doskonały moment. 
   Kiedy skończyłem, oczekiwałem, że Kai zacznie temu wszystkiemu zaprzeczać albo po prostu na mnie nawrzeszczy. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Dłuższą chwilę stał bez ruchu, po czym powoli zbliżył się do mnie. Poczułem, jak nie mogę przełknąć śliny, a serce zaczyna tłuc mi się w piersi. Chciałem jakoś zareagować, odepchnąć go, uciec. Ale nie dałem rady. Stałem jak ten ostatni idiota i patrzyłem, jak Jongin chwycił moje nadgarstki, uniósł je na wysokość mojej głowy, a potem jak gdyby nigdy nic zaczął składać na mojej szyi pocałunki. Dopiero, kiedy jego usta spotkały się z moimi, oprzytomniałem. Szarpnąłem się z całej siły, na jaką było mnie w tamtej chwili stać, jednak Kai chyba to przewidział, bo jego dłonie jeszcze mocniej zacisnęły się na moich nadgarstkach. Poczułem silny ból, kiedy chłopak przyparł mnie do ściany, a jego kolano znalazło się na moim kroczu. Wiedziałem, do czego zmierza. Czułem, jak strach opanowuje całe moje ciało, a ja zaczynam panikować. Chciałem krzyknąć, zrobić cokolwiek. Chciałem, żeby ktoś w tym momencie zadzwonił do drzwi, żeby wszedł i zabrał ode mnie Jongina. Ale wiedziałem, że to niemożliwe. Kai był dużo silniejszy. Do tego zdesperowany. Nic gorszego chyba nie mogło mnie spotkać. Przed oczami stanęły mi te noce, kiedy to ja inicjowałem zbliżenie. On również robił to wiele razy. Wtedy tego chciałem. Byłem spragniony jego dotyku. Ale nie w tamtej chwili. Zastanowiłem się przez chwilę, czy Jongin jest aż tak okrutny, żeby mnie skrzywdzić. Nie chciałem wierzyć, dopóki mojego ciała nie ogarnął potworny ból. Kai poruszył biodrami, a mój policzek ozdobiła kolejna słona łza. Zagryzłem mocno wargę. Nie wiedziałem, czy czuję się upokorzony, czy zraniony po raz kolejny i tym razem nieodwracalnie. Oba te uczucia mieszały się we mnie i raz po raz to jedno, to drugie brało górę. Nigdy bym nie pomyślał, że zostanę wykorzystany. Zawsze brałem pod uwagę raczej to, że to kobiety są o wiele bardziej narażone, że mężczyzn w moim wieku to nie dotyczy. A jednak. Jongin zawsze potrafił łamać schematy i tak też się stało wtedy.



~*~


   Zaciskam pięści na wspomnienie tamtej strasznej nocy. Widzę oczami wyobraźni te wszystkie sińce, zadrapania, a potem blizny, które pokrywały moje ciało. Uparłem się, że za nic nie pojadę do szpitala. Kyungsoo uszanował to, chociaż był przeciwny. W ciszy opatrzył moje rany, po czym zostawił mnie samego. Słyszałem, jak rozmawia z Hyuną o tym, co się wydarzyło. Nie powiedziałem mu tego wprost, a on i tak się domyślił. Byłem mu wdzięczny, że nie zadawał mi pytań.
   Staram się do tego nie wracać, jednak zbliżające się spotkanie wcale mi tego nie ułatwia. Przecież mogę się jeszcze wycofać. Nie mam obowiązku tam iść. To, że się zgodziłem, nie znaczy, że nie mogę tego odwołać. Mam prawo, prawda?

   Mijam rząd jasno oświetlonych restauracji. Seul żyje cały dzień i całą noc. Na największych ulicach o każdej porze jest mnóstwo ludzi. 
   Wyciągam z kieszeni spodni małą karteczkę, na której jest zapisana nazwa knajpy, do której mam się udać. Czytam i rozglądam się naokoło. Nigdzie jej nie widzę. Idę dalej, ciągle czujnie przyglądając się wszystkim napisom i różnym znakom. W końcu udaje mi się ją dostrzec. Jest nieduża. Staję przed drzwiami i biorę głęboki wdech. Przez chwilę zapominam jak robi się wydech. 
   Naciskam klamkę. W moich uszach rozlega się dźwięk dzwoneczka. Spoglądam w górę. Rzeczywiście, wisi tam. Uśmiecham się lekko, bo znajduję się w tradycyjnej koreańskiej restauracji. Tutaj również jest dużo ludzi. Gra cicha muzyka. Jest czysto i przytulnie. 
Ruszam przed siebie. Automatycznie kieruję się w najdalszy kąt sali. Wiem, że jest właśnie tam. Pamiętam.
   Po chwili przekonuję się, że mam rację. Siedzi na niskiej kanapie i stuka coś na ekranie telefonu. Podchodzę powoli i staję naprzeciwko. Czekam. Moją obecność wyczuwa dopiero po paru sekundach. Unosi głowę i widząc mnie przed sobą, zrywa się z miejsca. Chce podejść, ale jednak powstrzymuje się. Może to i lepiej?
   - Witaj - w końcu się odzywa.
   Niepewnie i cicho, ale jednak. Kiwam głową i siadam. Nie zdejmuję kurtki, jedynie czapkę, bo nie zamierzam zabawić tutaj długo. 
Słyszę jak głośno przełyka ślinę. Potem strzela z kostek u dłoni i również siada, ciągle na mnie patrząc. O dziwo nie czuję się niezręcznie. W przeciwieństwie do niego.
   - Po co poprosiłeś o spotkanie? - pytam wreszcie. 
   - Minęło już tyle lat... Chciałem... Miałem nadzieję... - zacina się.
   Dopiero teraz przyglądam mu się uważniej. Widzę przed sobą już dorosłego człowieka. Czy się zmienił? Raczej nie, chyba tylko wydoroślał i zmężniał. Widać jednak, że czas pozostawił na nim swój ślad. Jest bardziej opalony, a jego oczy są okolone delikatnymi zmarszczkami. W sumie to dziwne jak na dwudziestopięciolatka. Skąd się wzięły?
   - Opowiedz mi, co u ciebie. Bardzo chciałbym wiedzieć - delikatny uśmiech ozdabia jego twarz.
   Taki jak zawsze.
   - Zmądrzałem - odparłem z naciskiem. - Mam dobrą pracę, mieszkanie. Wszystko jest w porządku.
   Kiwa głową i zamyśla się na chwilę.
   - A...życie osobiste?
   - Nie mam nikogo.
   - Czy to przeze mnie?
   Śmieję się z goryczą i kładę dłonie na blacie stolika.
   - Nie przeceniasz się? Myślisz, że zważałbym na ciebie?
   Tak!
   Nie wiem, dlaczego kłamię. Oszukuję i siebie samego, i jego. To nie jest fair. Ale co mam mu powiedzieć? Że mimo tych wszystkich świństw, zdrady i całej reszty nadal go kocham? Irracjonalne.
   - Nie. Nie przeceniam się. Wiem jaki jestem. A raczej jaki byłem. Nie musisz mi o tym przypominać.
   Wrócił. Znów jest taki jak kiedyś. Nie daje robić z siebie idioty.
Rozglądam się wolno. Każdy klient zajmuje się sobą, nikt nie zwraca na nas uwagi. Czyli że jeżeli zacząłbym krzyczeć i się awanturować, to też by nie zauważyli?
   - Posłuchaj... - prostuje się i patrzy na mnie uważnie. - Może to zabrzmi głupio i niewiarygodnie, ale...
   - Nie mam za wiele czasu. Więc jeśli mógłbyś kontynuować, będę wdzięczny.
   - A uwierzysz mi?
   - Zobaczymy.
   Wzdycha, ale znów zaczyna mówić.
   - Tylko mi nie przerywaj, dobrze? Chodzi o to, że... Po tym, co zrobiłem może ci się to wydać moim wymysłem albo czymś w tym rodzaju, jednak musisz...postaraj się chociaż uznać to za prawdę. Suho, tamten wypadek... Ja nie chciałem. Nie wiem co mnie do tego popchnęło. Miałem ciebie. Byłem szczęśliwy. A potem straciłem wszystko. Życie przestało mieć dla mnie sens, wiesz? Szczerze mówiąc chciałem ze sobą skończyć. Kiedy się wyprowadziłeś, zostałem sam. Sehun nie chciał mnie słuchać. Przepraszałem go niezliczoną ilość razy. W akcie desperacji poszedłem nawet do Kyungsoo. Ale on tym bardziej nie chciał mi powiedzieć co się z tobą stało, gdzie jesteś. Chciałem cię odnaleźć. Pokazać jak mi na tobie zależy. Ja...
   Mimo jego wcześniej prośby przerywam mu prychnięciem. 
   - Zależało ci, mówisz. A zapomniałeś już, co zrobiłeś w miesiąc po tym, jak to ładnie nazywasz,  wypadku
   Jego broda lekko drży. Nie wiem, czy zacznie na mnie krzyczeć, czy się rozpłacze. Nie zważam na to jednak. Jest mi już obojętne, co się wydarzy.
   - Zgwałciłeś mnie. Wiesz, że tylko dzięki mojej słabości do ciebie nie siedzisz teraz w więzieniu?
   Kiwa głową.
   - Więc z jakiej racji możesz jeszcze teraz kłamać mi w żywe oczy?
   - To nie kłamstwo... - mówi cicho, jego głos jest zachrypnięty i drżący. - Co mam zrobić, żebyś uwierzył? Nie potrafię bez ciebie żyć, rozumiesz? Mam ci pokazać blizny po cięciach? Czy ślad nieudanej próby stania się wisielcem? 
   Otwieram szerzej oczy na dźwięk jego słów. Co jak co, ale w takich sprawach nigdy nie oszukiwał. Jednak ja jestem podejrzliwy. Nie kontroluję tego, co mówię. Każę mu więc udowodnić, że mówi prawdę.
Posłusznie rozpina górne guziki koszuli. Rzeczywiście, są tam wyraźne, czerwone ślady. Chwilę potem podwija rękawy aż do łokci. Od nadgarstków do zgięcia przedramienia u lewej, jak i u prawej ręki ciągną się niezliczone blizny. 
Głośno wciągam powietrze. To wszystko z mojego powodu?
   - To naprawdę przeze mnie? Jeśli kłamiesz...
   Przerywa mi ruchem ręki.
   - Nikt inny nie był i nie jest tego wart. 
   Odchylam się i opieram plecami o miękki materiał sofy. Robi mi się gorąco. Ściągam z siebie kurtkę i szalik, kładę obok. Moje dłonie znów spoczywają na blacie stołu. Patrzy na mnie przenikliwie. Po chwili po raz kolejny sięga w stronę swojej szyi, tym razem jednak wyjmując spod koszuli łańcuszek. Zdejmuje go i podsuwa mi pod rękę. Chwytam to i unoszę na wysokość swoich oczu. Dobrze znam i łańcuszek, i wisiorek. Podarowałem mu go na naszą trzecią rocznicę. Przedstawia literki, które układają się w jego imię. Jongin.

   Rozmawiamy już kolejną godzinę. Na dworze nadal jest ciemno, klienci już dawno opuścili lokal. Tylko jakiś samotny mężczyzna siedzi po drugiej stronie sali i wypija już chyba ósmy kubek herbaty. Nie to, żebym liczył. 
   Kai mówi prawie cały czas. Opowiada o tym, co działo się z nim przez te pięć lat. 
Pierwsze pół roku spędził w zakładzie karnym. Zamknęli go za kradzież. Kolejny rok zszedł mu na poszukiwaniu pracy. Kiedy wreszcie ją znalazł, nie zagrzał w niej długo miejsca. Po miesiącu znów wylądował na bruku. Miał mieszkanie, bo udało mu się je wykupić za tą miesięczną pensję, bo w końcu, nie czarujmy się, stało ono przez te pięć lat puste. Było jego własnością, która stała się przynależna do państwa na czas jego pobytu w więzieniu.
Powiedział, że kiedy pierwszy raz wszedł do środka, poczuł, jakby znowu było tak jak kiedyś. Automatycznie skierował swoje kroki w stronę naszego wspólnego, potem mojego pokoju. Ale mnie tam nie było. W tamtym momencie postawił sobie za cel, że mnie odnajdzie. Za wszelką cenę. 
Jego losy toczyły się różnie przez kolejne trzy lata. Raz był na wozie, raz pod nim. Ale jakoś zawsze wychodził na swoje. Nie wyjawił mi jakim cudem udało mu się mnie odnaleźć, jednak mimo wszystko byłem pełen podziwu. Mnie udało się prawie całkiem zerwać z przeszłością, on nią żył cały czas. 

   Jongin spogląda na zegarek.
   - Szósta - mówi.
   Unosi głowę i przygląda mi się.
   - Może teraz ty coś powiedz? 
   Zastanawiam się przez chwilę. O ile na początku miałem zamiar zrobić mu awanturę, a potem efektownie opuścić restaurację, tak teraz mógłbym siedzieć tak już wiecznie. Dotarło do mnie w całości, że w gruncie rzeczy nigdy nie przestałem go kochać. Niezmiennie był i jest nadal dla mnie bardzo ważny. Wydawało mi się, że udało mi się wyprzeć go i z pamięci, i z serca. Nawet nie wiedziałem jak bardzo te myśli były błędne. 
   - Chcesz szczerości? - pytam.
   - Oczywiście. Niczego bardziej w tym momencie nie pragnę.
   - W takim razie proszę. Prawda wygląda tak, że mimo tych wszystkich rzeczy, które się wydarzyły. Mimo tego, jaki byłeś, mimo zdrady i krzywdy, którą mi wyrządziłeś...kochałem cię. Nigdy nie przestałeś być najważniejszą osobą w moim życiu. Za każdym razem, kiedy musiałem dokonać wyboru, automatycznie zadawałem sobie pytanie: co zrobiłby Kai. I to mi pomagało. I nieważne, co bym robił, jak bardzo bym się starał, nigdy nie znikniesz z mojego życia.
   W jego oczach pojawiają się iskierki. 
   Nadzieja.
   - Czy...czy to znaczy, że...byłbyś w stanie dać mi drugą szansę?
   Dla ciebie wszystko.
   Kładę dłonie na jego dłoniach i powoli kiwam głową.
   - Tak.
   Pierwszy raz od wielu lat widzę jego uśmiech. Jest piękny i idealny jak zawsze. Jongin przykłada moją prawą dłoń do ust i składa na niej delikatny pocałunek. Ja również uśmiecham się lekko.
   - Przepraszam za wszystko - mówi. 
   - Wybaczam - odpowiadam.
   - I dziękuję - dodaje.
   Kiwam głową.
   To ja dziękuję. Bo w końcu, jak to kiedyś powiedziałeś, na koniec świata i jeszcze dalej, prawda?




   Witam! Przedstawiam wam, moi kochani, moje pierwsze w życiu KaiHo. Zostało napisane dla kogoś naprawdę wyjątkowego. Wystarczy jak powiem, że ta osoba ma dokładnie taki charakter, jak Suho w tym shocie? Myślę, że tak.
   Dziękuję Dubu za poprawę, Unni i Avie za wsparcie.
   Trzymajcie się ciepło<3 Miłego czytania~
   
   

   


   



3 komentarze:

  1. Idz umrzyj ;-;
    Skopałaś mnie... nawet nwm co napisać :c
    Przeczytałam, muszę przemyśleć...
    odmeldowuję się...
    xoxo

    OdpowiedzUsuń
  2. Eh... muszę przeczytać to jeszcze raz i ogarnąć się... G-E-N-I-A-L-N-E! Tylko tyle...
    Weny~~ <3
    (http://korea-my-life.blogspot.com)

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam :) Nominowałyśmy cię do Versatile Blogger. http://bangtanburger.blogspot.com/2014/03/the-versatile-blogger.html

    OdpowiedzUsuń